Strona Główna BlogWywiady „Skarby” – Eklektyczna strona Toma Encore’a

„Skarby” – Eklektyczna strona Toma Encore’a

by Ania Roszak
0 komentarz
Fizyk, Tom Encore, aż w końcu Skarby. Pod tymi aliasami skrywasz się Ty — Tomasz Stempniewicz. To może zacznę przewrotnie: Kim jest Tomasz i jak odnalazł drogę do tworzenia muzyki?
 
Powiem tak, muzyka była w moim domu obecna odkąd pamiętam. Tata grał w punkowej kapeli, miał kolekcję płyt ze starym rockiem (Pink Floyd, Led Zeppelin), a także ze wczesną elektroniką (Tangerine Dream) – od tych zespołów zaczynałem swój muzyczny rozwój. Za dzieciaka trochę grałem na pianinie, ale nigdy nie byłem w tym szczególnie dobry (śmiech). Przełom nastąpił pod koniec lat ‘90, kiedy na płycie dodanej do którejś z gazet komputerowych znalazłem program eJay Rave. Starsi na pewno pamiętają — to zbrodniczo prosty DAW ze wbudowaną kolekcją kiepskich sampli. Dla mnie było to jak odkrycie nowego świata, więc tak na dobrą sprawę to najpierw zacząłem tworzyć elektronikę, a dopiero później jej słuchać. Nieco później odkryłem drum & bass – dzięki “The 6ixth Session” Dieselboya – i tak rozpoczęła się moja miłość do tego gatunku.
 
 
 
 
Mamy wczesne lata 2000, młody i przystojny Tomasz aka Fizyk, stawia swoje pierwsze producenckie kroki. Pamiętasz, który z kawałków jako pierwszy trafił „na salony”? Być może był taki kawałek, który otworzył Ci nowe możliwości, a jeśli tak, to, jak myślisz — czemu akurat ten numer był tym przełomowym?
 
Było kilka “przełomów”, ale gdybym miał wybrać jeden, to chyba byłby to amenowy “HAL9000” z 2003 roku. Miałem wtedy wkrętę w ciężki drum & bass, zwłaszcza Technical Itch, którym ten numer był mocno inspirowany. Oczywiście wiertło stworzone w reasonie nie umywało się do brzmienia Marka Caro z tego okresu, niemniej jednak pozwolił mi on jakoś zaistnieć na scenie (wtedy jeszcze pod pseudo Fizyk — był to mój login na forum drumandbass.pl).
 
Z muzyką eksperymentujesz od zawsze, to właśnie spowodowało poszukiwanie czegoś więcej niż produkcja DNB? Same dramy to było za mało dla tak kreatywnego producenta?
 
Chyba tak. Zawsze kochałem dnb i to nie zmieni się pewnie długo. Przy czym, nigdy nie ustawałem też w poszukiwaniu nowych brzmień. Ciągnęło mnie zwłaszcza w mroczniejsze rejony: ambient, IDM, modern classical. Kiedy pojawił się dubstep, okazło się, że ma on dużo wspólnego z tym rodzajem ekspresji, stanowił świeży eksperyment formalny. Dlatego postanowiłem spróbować swoich sił w tym gatunku.
 
 

Mega Club, Katowice, 2011r.

 
W 2008 powołujesz do życia „Toma Encore’a”. Twoje pierwsze single wychodzą nakładem „Rottun Records” – wytwórni Excisiona, który na rynku amerykańskiej sceny dubstepowej jest, w ścisłej elicie wyprzedając wielkie imprezy. Możesz nam przybliżyć, jak doszło do tej współpracy?
 
Jasne. Otóż, po opublikowaniu jednego z pierwszych kawałków na polskim forum o dubstepie, ktoś napisał, że brzmi on właśnie jak Excision. To był chyba rok 2008. Nic mi to wówczas nie mówiło, ale postanowiłem poszukać i nawiązać kontakt. Udało się, utwór został wydany w jego labelu i tak zaczęła się współpraca. Numer nazywał się “The Union” – z dzisiejszej perspektywy nie nazwałbym go nawet dubstepem, a jakimś eksperymentem w połamanym 140 BPM. Wiesz, pierwsze kroki w nowym gatunku zwykle rządzą się własnymi prawami.
 
 
 
 
 
I tutaj osiągnąłeś sufit? Znikome zainteresowanie dubstepem w Polsce spowodowało, że zacząłeś podążać jeszcze inną drogą muzyczną? Twój serdeczny kolega Eryk Kowalczyk (Xilent) w rozmowie z nami miał ciekawe przemyślenia na ten temat, dlatego jesteśmy ciekawi też Twojego zdania. 
 
Dubstep ma rzesze wiernych fanów, których liczba różni się w zależności od szerokości geograficznej. W Polsce na pewno nie jest to zjawisko pokoleniowe, jak chociażby w USA czy UK, ale moim zdaniem nie trzeba wysuwać takich porównań. Zajawkowicze zawsze znajdą sposób. I nawet jeśli nie są to imprezy na 2000 osób, to ta scena będzie istnieć. Fakt faktem, artyści związani z tym gatunkiem nie mają u nas łatwo, ale w dobie internetu sky is the limit. Wystarczy spojrzeć na wspomnianego Xilenta lub Sikdope. Wątpię, żeby relatywnie niewielki fanbase w kraju spędzał im sen z powiek. Dla mnie przygoda z tym gatunkiem była super, ale z grubsza to, co chciałem wyrazić w tej stylistyce muzycznej, jest już za mną i teraz chcę skupić się na kolejnych projektach.
 
 
 
 
 
Tamte projekty to już zamknięty rozdział?
 
W skrócie: tak. Nie planuję kolejnych wydawnictw jako Tom Encore. Okazjonalnie nie wykluczam zagrania imprez pod tą ksywą, ale to wszystko. Pora na nowy rozdział.
 
Przejdźmy zatem do Twojego najnowszego dziecka – “Skarby” to Tomasz Stempniewicz + muzycy studyjni, tak? Skąd narodził się w Twojej głowie pomysł na, jakby nie było, dość diametralną zmianę repertuaru muzycznego? Wcześniej ostre, połamane dźwięki oscylujące w okolicach 175 bitów na minutę, następnie 140BPM siarczystych dubstepów, a na końcu wakacyjno-eklektyczny „wajb”.
 
Tak naprawdę zawsze uwielbiałem delikatniejszą stronę elektroniki, choć przylgła do mnie łatka “napierdalacza”. Ze “Skarbami” postanowiłem zrobić totalny odwrót. W remiksowaniu starych nagrań potrzebna jest zupełnie inna paleta muzyczna, która z każdym samplem otwiera nowe ścieżki inspiracji. Ta estetyka realizuje się w pełni podczas koncertów, na które zapraszam zaprzyjaźnionych muzyków grających na wiolonczeli, skrzypcach, klawiszach lub gitarze.
 
 
 
 
 
Twój premierowy live-act odbył się w 3-osobowym składzie w warszawskim “Dziku”. Miałeś już na swoim koncie niezliczoną liczbę występów na żywo, lecz to był absolutny debiut „Skarbów” – była trema? Opowiedz nam więcej o tym projekcie.
 
Trema — raczej nie. Bardziej ekscytacja z zaprezentowania trzymiesięcznych przygotowań do projektu. Wtedy nie istniała jeszcze nawet nazwa “Skarby”; był to po prostu bezimienny live-act stworzony na zaproszenie Muzeum Powstania Warszawskiego. Koncert okazał się na tyle udany, że postanowiłem pójść za ciosem, co zaowocowało moim pierwszym longplayem.
 
„Wyspa skarbów” to płyta wyjątkowa pod wieloma względami. Możesz w paru zdaniach opowiedzieć naszym czytelnikom, na czym polegała magia jej powstawania?
 
Był to proces oparty na kolekcjonowaniu źródeł sampli, następnie odpowiedniej ich selekcji oraz — w końcu — produkcji. Chciałem osiągnąć magiczny, przystępny, ale i trochę tajemniczy klimat. Inspiracją dla brzmienia była m.in. rewelacyjna płyta “Wildflower” The Avalanches. Ciepła nostalgia zmieszana z psychodelią i nowymi bitami. Na mojej płycie hipisowska Ameryka zastąpiona została rodzimym PRL-em.
 
Na płycie możemy znaleźć niewiele osób wymienionych z nazwiska, które produkowały z Tobą płytę. Wolisz tworzyć swoje utwory samemu, a występować z muzykami?
 
Tak naprawdę całą płytę, poza jednym utworem, wyprodukowałem sam. Oczywiście pomijam autorów oryginalnych utworów, którzy wydłużyliby tę listę do kilkunastu lub kilkudziesięciu nawet nazwisk. W procesie twórczym wolę działać solo, choć coraz częściej zapraszam instrumentalistów do współpracy. Sam nie gram na żadnym instrumencie, więc na pewno takie kolaboracje mogą zaowocować czymś, czego nie osiągnąłbym, pracując w pojedynkę.
 
Pochodzisz z Warszawy, z miasta położonego nad brzegiem Wisły, tutaj mieszkasz bodaj całe swoje życie. Czy możemy nazwać „Wisłę skarbów” swoistego rodzaju hołdem dla miasta, które ukształtowało Cię muzycznie?
 
Zdecydowanie tak. To jest mój hołd dla Warszawy. Niezmiernie cieszy mnie, kiedy nawet starsi słuchacze odnajdują w tej muzyce coś znajomego.
 
 
 
 
 
Patrząc na Twoje social media możemy zauważyć eksplozję popularności „Skarbów” i coraz większą liczbę występów. Myślisz, że Twoja muzyka, stojąca w opozycji do mainstreamu, trafia w gusta ludzi zmęczonych komercyjną papką serwowaną w rozgłośniach radiowych oraz playlistach na platformach streamingowych?
 
Tego nie wiem. Nie projektuję w umyślnej opozycji do mainstreamu czy radia. Cieszę się po prostu, że kolejni słuchacze odkrywają ten projekt. Chciałbym zwrócić też uwagę na dosyć silny nurt gatunkowy, który istniał jeszcze przed “Skarbami” – głównie za sprawą The Very Polish Cut Outs, z którymi też ostatnio miałem przyjemność nawiązać współpracę. To zdecydowanie pomogło zaistnieć projektowi.
 
Czego możemy się spodziewać od „Skarbów” w najbliższych miesiącach? Uchyl naszym czytelnikom rąbka tajemnicy 🙂
 
Więcej koncertów, oficjalne remiksy ciekawych artystów, a w dalszej perspektywie kolejny LP, nad którym już pracuję.
 
 
 
 
 
Zostajesz uwięziony na „wyspie skarbów” z jednym artystą, kogo wybierasz i dlaczego?
 
Nie mam pojęcia, ale wiem, że na pewno nie byłby to King Cannibal 😉
 
Dzięki Tomek za rozmowę!
 
Również dziękuję!
 
Autor:  K.F.

Warto przeczytać

Zostaw Komentarz

%d bloggers like this: