Strona Główna BlogWywiady „Wiemy, czego chcemy i będziemy się tego trzymać.” – Elektrowywiad #6 FESS

„Wiemy, czego chcemy i będziemy się tego trzymać.” – Elektrowywiad #6 FESS

by Damian Badziąg
0 komentarz

O Mistrzostwach Polski DJ’ów, w trakcie których się poznali, słynnych trójmiejskich „Afterach na kwadracie”, dalszych losach gdyńskiego Drugiego Domu, powodach zmiany formatu, czy zbliżającej się premierze najnowszego albumu. O tych, jak i o wszystkich innych ważnych kwestiach związanych z obecną działalnością porozmawialiśmy z Damianem i Maciejem, czyli FESS. Zapraszamy do lektury!
*********************************************

Pochodzicie z różnych miast, o czym nie wszyscy wiedzą; Bielawę i Zgierz dzieli blisko 400 km. Przybliżcie czytelnikom w jakich okolicznościach zeszły się Wasze drogi, które doprowadziły Was do wspólnego projektu, jakim pierwotnie był „Szkatulski&Kosmalski”?

Bodajże był to rok 2008 i Mistrzostwa Polski DJ’ów. Jako dwóch śmiałków reprezentowaliśmy odmienny styl grania od reszty uczestników i suma sumarum nie pasowaliśmy do całego grona startujących w konkursie.

Żeby było śmieszniej konkurs odbywał się w jednym z tych świetnych klubów na prowincji z podziałem na sale „techno”, dance i hip hop. Faktycznie było tak, że odstawaliśmy muzycznie od reszty towarzystwa. Na tamten moment oboje graliśmy coś z pogranicza tech i deep house’u. Pamiętam, że zapomniałem słuchawek i w finale poprosiłem Damiana, aby użyczył mi swoich. Tak to wszystko się mniej więcej zaczęło.

Jak wyglądała formuła Mistrzostw, i które miejsce w finale zająłeś ostatecznie?

Konkurs trwał dwa dni. Pierwszego dnia wyłoniono finałową grupę. Ja z kolei znalazłem się w finale wygrywając inny lokalny konkurs. Z całą sytuacją wiąże się też mała anegdota. Każdy z finalistów miał do dyspozycji 20 min na prezentacje. Wyobraź sobie taki obrazek. Wielka „techno” sala jednej ze znanych sieci dyskotek i masa ludzi na parkiecie. Po około trzynastu minutach podchodzi do mnie dj rezydent i pokazuje palcem w stronę jury. Patrzę, a tam jakiś starszy Pan macha ręką, że mam kończyć. Nie dźwignęli tematu, a ja nie zdążyłem zagrać przygotowanego na tę okazję Grindhouse’a w remiksie Dubfire-a (śmiech).

Mimo wszystko nadal mieszkaliście prawie 400 km od siebie. Jak wyglądała Wasza komunikacja i późniejsza produkcja muzyki?

W zasadzie wszystko można by zamknąć w jednym słowie – internet. Uznaliśmy, że skoro los w tak śmieszny sposób splótł nasze drogi, to należy to wykorzystać. Produkowanie na odległość już wtedy nie było niczym niesamowitym. Przesyłaliśmy sobie projekty z abletona i nanosiliśmy pomysły, czy zmiany.

Ty, Macieju, postanowiłeś jednak porzucić rodzinny Zgierz, na rzecz Gdyni, w której mieszkasz już dwa lata. Skąd pomysł na akurat taki kierunek?

Decyzja o przeprowadzce motywowana była głównie sytuacją osobistą. Mówiąc wprost, dwa lata temu zamknąłem częściowo pewien okres mojego życia. Chciałem coś zmienić, potrzebowałem oddechu i nowej przestrzeni. Przeprowadzka nad morze była dla mnie naturalnym krokiem. Zawsze chciałem tu zamieszkać. Na szczęście, to marzenie podzieliła również moja partnerka. Czasem sobie myślę, że bez niej tak szybko bym się nie zdecydował na ten ruch.

Damian, a Ty nie myślałeś o zmianie otoczenia?

Myślałem i doszedłem do wniosku, że w przyszłości kupię działkę również nad morzem, bo w górach już mam haha. Tak całkiem poważnie, to morze jak i góry są idealnym miejscem do mieszkania na co dzień. Na chwile obecną zostaję w górach, ale kto wie, co się wydarzy w przyszłości.

Spuścizną przeprowadzki Macieja do Gdyni były Wasze występy w miejscowym klubie Drugi Dom. To, że z czasem zostaliście rezydentami gdyńskiego klubu to jedno, jednak jak doszło do tego, że Wasza rola w klubie przestała ograniczać się wyłącznie do samego grania?

To był moment, w którym klub borykał się z problemami natury finansowej i organizacyjnej. Ówcześni właściciele klubu szukali kogoś, kto na co dzień jest bliżej sceny. Mówiąc wprost, razem z Asią nie mogliśmy oprzeć się pokusie i zaryzykowaliśmy wejście w spółkę.

Jak ma się sprawa teraz, w chwili gdy trwają poszukiwania nowego miejsca, które ni stąd ni zowąd zostało zamknięte niemalże z dnia na dzień?

Na chwilę obecną pracujemy nad nową miejscówką. Sprawdzamy możliwość przystosowania lokalu pod profil naszej działalności. Mowa tutaj o pracy typowo projektowej. Niestety, albo stety, w tym konkretnym przypadku musimy liczyć na dobrą wole gdyńskich urzędników. Jesteśmy dobrej myśli.

Macie niebywałego pecha. Pamiętam jak zamknęli pierwotne miejsce Dom, w którym na dobre rozwinął swoje skrzydła cykl „Zaćmienie”, teraz podobny los spotkał Drugi Dom. Jaki był powód zamknięcia? Czy nowe miejsce zostanie przy starej nazwie, czy jednak będzie to Trzeci Dom?

Faktycznie może tak to wyglądać. Jeśli chodzi o Drugi Dom, powodem zamknięcia lokalu było niesłuszne i motywowane pozornymi powodami wypowiedzenie umowy. W zasadzie zaraz po naszej wyprowadzce prace remontowe zaczęła kolejne ekipa. Obecnie w miejscu klubu znajduje się firma cateringowa prowadząca działalność restauracyjną. Wnioski nasuwają się same. Wbrew temu, co sugerowały niektóre osoby, nie mieliśmy żadnych problemów z mieszkańcami pobliskiej kamienicy. Można powiedź, że nasze relacje były wręcz wzorowe. Co do samej nazwy, jeszcze nie podjęliśmy ostatecznej decyzji, ale na pewno będzie to jakiś DOM.

Z pobliskimi mieszkańcami być może nie, a jak było z innymi, a propos słynnych „Afterów na kwadracie”? Dlaczego „After”, dlaczego „na kwadracie”?

W punkt. Byli tacy, którym zapewne nasza trójmiejska działalność dała się we znaki. Pomysł zorganizowania cyklicznych afterów narodził się z potrzeby zafunkcjonowania na lokalnej scenie. W zasadzie byliśmy przyjezdnymi, których nikt nie znał. No i stało się. Wynajęliśmy dom na ulicy Chrobrego w Sopocie, postawiliśmy wydarzenie i czekaliśmy na ludzi. Na pierwszy After na Kwadracie przyszło jakieś 70 osób. Na drugą edycję przyszło ponad 150 osób. Całkowita powierzchnia domu 120m2. Nie było gdzie ręki włożyć (śmiech).

Nie szkoda Wam, że po „Afterze” został tylko, albo aż, fanpage?

To chyba nie jest tak do końca, że został tylko fanpage. Prawdą jest, że typowych Afterów na Kwadracie na chwilę obecną nie ma, natomiast na naszą aktywność możesz natknąć się regularnie przy okazji imprez, czyli „Drugi Dom to..”. Mamy też na tapecie dwa projekty imprez w starym stylu organizowanych w nieoczywistych miejscach o charakterze nielegalnym. Myślę, że projekt AFTER będzie nam przy tych pomysłach towarzyszył.

Jaki cel przyświeca organizowaniu imprez „Drugi Dom to…?

Musimy się tutaj odnieść do naszej klubowej społeczności. W dużej mierze to po prostu spora grupa znajomych. Z większością znamy się osobiście. Z częścią widujemy stosunkowo często. Chodziło o to, aby podtrzymać ducha klubu i nie zostawiać ludzi aż do ponownego otwarcia. Jest też inna prawda. Nie potrafimy usiedzieć spokojnie na tyłku.

Wierzycie, że do ponownego otwarcia klubu uda się ową społeczność zachować? Ile dajecie sobie czasu na ponowne otwarcie?

Biorąc pod uwagę ogrom papierologi, z jakim się zderzyliśmy nie chciałbym rzucać tutaj pustymi obietnicami. Jeśli chodzi o społeczność, to jesteśmy spokojni. Drugi Dom ma prawdopodobnie najlepszą publikę w Polsce.

Ostatnimi czasy bywa, że Maciej grywa w pojedynkę przy okazji różnego rodzaju imprez w Trójmieście. Czy w pierwotnym projekcie również zdarzyło się, by jeden z Was grał bez drugiego?

Na chwilę obecną nasze plany zmuszają nas do chwilowych występów oddzielnie, co nie znaczy, ze nie wspieramy siebie nawzajem. Chwilowa rozłąka, jaką niektórzy zdążyli zauważyć, zaowocuje w przyszłości. Oczywiście, nie oznacza to że projekt FESS zwalnia tempo – wręcz przeciwnie. Tyle z polityki (śmiech). Sprawa jest dość prosta. Pieniądze z grania wrzucamy w nasz wspólny projekt. Czy to winyle, czy wydatki związane z albumem. No i jest jeszcze aspekt zajawki. Jak coś kochasz to nie tak łatwo rzucić to w kąt. Damian obecnie skupia się na budowaniu profesjonalnego studia. Mówiąc krótko poprzestawialiśmy na ten czas priorytety.

A właśnie, album. Kanada, Niemcy, Meksyk, Ukraina, Włochy. Przypomina to trochę listę zespołów wchodzących w skład jednej z grup na mistrzostwach świata w siatkówce, prawda? Nic bardziej mylnego. Są to kraje wytwórni, na łamach, których jeszcze jako duet Szkatulski & Kosmalski, wydawaliście swoje produkcje. Do czego zmierzam. Od premiery pierwszej z nich – „Keep It”, dla kanadyjskiego Downpour – minęły 4 lata. Z tego co mi wiadomo na jesień planujecie wydać jako FESS swój pierwszy album w Luzztro Records. Czego możemy się spodziewać po najnowszych produkcjach pod osłoną nowego projektu?

Przede wszystkim muzyki od serca, pracowaliśmy nad tym albumem długo, bardzo długo. Mało tego, przez ten czas wyprodukowaliśmy materiału którego starczyłoby na dwa albumy. Ciągle coś zmienialiśmy, nie byliśmy usatysfakcjonowani. Analizowaliśmy, żeby wszystko tworzyło jedną spójną całość. Po pewnym czasie usiedliśmy, włączyliśmy monitory, odpaliliśmy album, słuchaliśmy każdy numer, od deski do deski i to było to! Wszystko pasuje. Wydajemy!

Dlaczego wybór padł na Luzztro Records?

Poruszasz grząskie kwestie (śmiech). Wydajemy i… tutaj zaczęły się schody. Zanim zdecydowaliśmy, że zaczniemy rozsyłać materiał po wytwórniach pokazaliśmy go znajomym dj’om i producentom. W większości przypadków odbiór był pozytywny. Z wytwórniami niestety jest trochę tak, że bez odpowiedniego „wejścia” ciężko skupić ich uwagę. Jak już wspomniał Damian wyprodukowanie całości zajęło nam masę czasu. Zaczęliśmy się obawiać, że jak tak dalej pójdzie, to materiał straci na aktualności, że znów zaczniemy coś kombinować i zmieniać. Prawdą jest też, że chcieliśmy zamknąć ten etap. Proces twórczy jest naprawdę fajnym zjawiskiem, ale jak wisi nad tobą „niedokończony” projekt, to zaczyna Ci to ostatecznie ciążyć. Uznaliśmy, że łatwiej będzie zagaić do polskiego labelu. Chcemy ten etap mieć już za sobą. Iść dalej i zająć się nowymi wydawnictwami.

Czym kierowaliście się przy zmianie formatu, skoro dotychczasowy miał już wyrobioną swego rodzaju markę? Dowodem na to niech będzie, chociażby support Waszych produkcji ze strony Pan-Potów, Davide Squillace’a, Martina Eyerera, Marco Resmanna, Marco Bailey’a, czy Idy Engberg, która w trakcie Awakenings 2016 zagrała Wasz utwór „Por Que” wydany dla niemieckiego Bouq.

Kierowaliśmy się tym co nam w duszy gra. Nasza muzyka ewoluowała, a z nią wszystko inne dookoła. Postanowiliśmy stworzyć coś od zera, coś co w pełni świadomie czujemy i będzie przedstawiało nas w stu procentach. Przekornie powiemy, ze wymieniłeś 7 „przykładów”, dzięki którym zmieniliśmy myślenie o tym, jak chcielibyśmy widzieć nasza muzykę i to, co robimy w przyszłości. Nie mamy z tym problemu. Wtedy na tyle było nas stać, a nasza świadomość muzyczna była gdzie była.

Zatem jak widzicie i postrzegacie muzykę teraz? Dzięki czyjej twórczości Wasza świadomość pozwala Wam obecnie na dalszy rozwój?

D: Ciężko to jednoznacznie określić, Po prostu słuchamy dużo muzyki. Wszelakiej. Od elektroniki, po hip-hop. Grunt to mieć otwartą głowę na wszystko. To rozszerza horyzonty i pozwala dalej się rozwijać.

M: Przyznam bez bicia, że nie potrafię jednoznacznie wskazać, kto mnie inspiruje. Muzyka, co rusz zabiera mnie w zakamarki, o które jeszcze np. rok czy dwa lata temu w ogóle bym siebie nie podejrzewał. Trzonem oczywiście wciąż jest muzyka techniczna, ale już nie ta pędząca bezdusznie do przodu. No dobra. Lubię rzeczy spod ręki Błażeja Malinowskiego, czy Michała Wolskiego. Od ponad roku w swoich szponach trzyma mnie włoska szkoła. Nieśmiało zacząłem spoglądać w kierunku elektro i ambientu. Sam widzisz, jak to wygląda.

Rozpoczęcie projektu FESS zbiegł się z imprezą Pozdro Techno Sound System na Ulicy Elektryków, na której wystąpiliście u boku Neel, Dtekka i Yugen. Niejedni mogliby Wam pozazdrościć takiego „debiutu”, tym bardziej, w takim znamienitym towarzystwie. Nie był to Wasz pierwszy występ u boku Jędrzeja, który jak wiemy bardzo, dużą uwagę przywiązuje do tradycji, jaką są chociażby winyle. Sami również gracie na gramofonach. Każdy zaczynał inaczej, a jak było w Waszym przypadku?

M: Swoje pierwsze płyty kupowałem już dobre 15 lat temu. Śmieszne czasy. Do dziś zalega mi parę transowych albumów. Są też jakieś rzeczy od Marco Bayiley’a, a nawet płyty z hard techno (śmiech). Brakło trochę samodyscypliny w ciągłym zbieraniu winyli, a jak dołożymy do tego rozkwit nowinek technologicznych, które poszerzały możliwości improwizacji, to sam rozumiesz. Dzisiaj inaczej patrzymy na muzykę i dj’ing jako taki. Wiemy, czego chcemy i będziemy się tego trzymać.

D: Moja Historia z winylami zaczęła się ponad 10 lat temu. Winyl od początku mojej przygody z dj’ingiem gdzieś tam się przewijał. Zazwyczaj dogrywałem swoje ulubione płyty, na przemian z płytami CD. Moja kolekcja płyt może nie jest jeszcze imponująca, ale staram się sukcesywnie dokupować nowe wydawnictwa, które zrobiły na mnie wrażenie, a często bywa tak, że nie są dostępne na innych nośnikach, co przekłada się na ich atrakcyjność i indywidualność.

A propos gramofonów. Jakie znaczenie mają dla Was gramofony i winyle w obliczu ogromnej masy współczesnych DJ-ów, którzy słysząc „placek” pierwszy jaki przychodzi im do głowy to ten ziemniaczany?

Gramofony są nieodłącznym elementem naszych występów, a winyle kręcące się na nich, pozwalają w jakimś stopniu poczuć muzykę. Przeplatamy rzeczy, których nie usłyszysz w sieci, bo po prostu zostały wydane tylko na tym nośniku. Jest to piękne i zarazem zaskakujące dla słuchaczy. Ludzie to doceniają i szanują.

Na rynku muzycznym jesteście blisko 10 lat. Zdarzyło się Wam grać w różnych miastach jako duet S&K, jednak już jako FESS swoją działalność skupialiście niemal wyłącznie Drugi Domu i dwóch występach w Łodzi z zaprzyjaźnionym Pogotowiem Techno. Z czego wynika ten stan?

Organizowałeś swoje imprezy, wiec trochę wiesz jak jest. Kluczem wyboru przeważnie jest dorobek artystyczny, ale nie rzadko bywają też działania promocyjne, czyli rozpisywanie się po klubach i promotorach w celu pozyskania bookingu. Nasz dorobek poza 4 wydawnictwami i masą zagranych imprez pod szyldem S&K nie przedstawia większej wartości, a na pozostałe działania po prostu nie mieliśmy czasu. Pochłonął nas album, a w późniejszym czasie klub.

W czym widzicie zatem klucz do tego, by przy „kulejącym” dorobku, móc pozwolić sobie na występy nie tylko lokalnie?

Odpowiedź jest dość banalna. W pracy nad nowym materiałem i w doskonaleniu warsztatu. Czasy, kiedy wystarczyło grać, żeby grać, mamy już dawno za sobą. Osób zajmujących się dj’ingiem jest coraz więcej, Co samo w sobie nie jest niczym złym, bo pośrednio przyczynia się do rozwoju sceny. Większość chce być zauważona i występować dla szerszej publiki. W tym miejscu pojawia się asumpt do pracy nad samym sobą.

Trzymam za Was kciuki, byście dzięki kolejnym wydanym produkcjom i pracy nad samymi sobą osiągnęli swoje marzenia i cele. Dziękuję za Wasz poświęcony czas i do szybkiego zobaczenia!

Dzięki i do zobaczenia!

 

Warto przeczytać

Zostaw Komentarz

%d bloggers like this: